Warning: set_time_limit() has been disabled for security reasons in /home/krzych/domains/efc.com.pl/public_html/snoopy.php on line 2
Odlot (2009)
26.10.2009 22:37 38 wyświetleń 0 komentarzy Tagi: Rola, Ostatnio, Odlot
 Przejrzałem listę dotychczasowych filmów od Pixara i wychodzi na to, że ich najnowsza animacja pt. „Odlot” jest dziesiątą z kolei. Widziałem prawie wszystkie (poza Ratatuj, do którego cały czas nie mogę się przekonać) i podobnie jak większość widzów uważam, że jest to najlepsza obecnie wytwórnia filmów animowanych. Każda z owych produkcji zdobyła uznanie wśród krytyków filmowych oraz zwykłych widzów, nie raz można było usłyszeć takie określenia jak: nowatorski, przełomowy czy nawet arcydzieło. Ostatnia produkcja, Wall.E zrobiła jak na razie największe zamieszanie pod względem ochów i achów, choć ja do tego niezwykle licznego grona nie zaliczam się. Bo Wall.E był kolejnym krokiem, kolejną jeszcze wyżej postawioną poprzeczką dla konkurencji, ale do przełomu trochę jednak zabrakło. Na „Odlot” wybrałem się bez specjalnego entuzjazmu, choć z przekonaniem, że idę na fajną, rozluźniającą animacje made by favourite Pixar… I nie rozczarowałem się, wręcz przeciwnie, z kina wyszedłem totalnie oczarowany.
Rozwiązanie poprzedniej zagadki: Hans Zimmer - 503. Utwór pochodzi z filmu "Anioły i Demony" w reżyserii Rona Howarda. Na zagadkę prawidłowo odpowiedział milczacy_krytyk. Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.
+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+ Czytaj więcej »
| Dystrykt 9 (2009)
22.10.2009 21:55 37 wyświetleń 0 komentarzy Tagi: Film, Miss, Polsat, Jackson, Ameryce, Peter, Jednym, Dystrykt, Meryl, Neill, Neill Blomkamp, Blomkamp, Neilla, Jacksona
 Przedstawiciele pozaziemskiej cywilizacji przybyli 28 lat temu na Ziemię. Bez precyzyjnego planu jak zorganizować życie uchodźców, ludzie odizolowali ich w dystrykcie 9 - zamkniętej dzielnicy Johannesburga. Powołana do jej nadzoru specjalna firma Multi-National United nie dba jednak o godziwe warunki dla przybyszy. Prawdziwym celem korporacji są badania nad odebraną im niezwykłą bronią. Do jej obsługi potrzebne jest jednak DNA obcych. Konflikt między gospodarzami a emigrantami wybucha, kiedy pracownik MNU Wikus van der Merwe (Shar-lto Copley) przypadkowo zarażony nieznanym wirusem zmienia swój kod genetyczny. Rozpoczyna się polowanie na nową istotę, której DNA pozwoliłoby ludzkości odkryć tajemnice supernowoczesnych, kosmicznych technologii. Napiętnowany i odrzucony mutant podzieli dwa światy. Kto w dystrykcie 9.okaże się jego sprzymierzeńcem, a kto wrogiem?
Większość recenzji Dystryktu 9 rozpoczyna się tak samo, przez co już chyba każdy wie, że daaawno, daaawno temu, czytaj: 4 lata temu, nikomu nieznany Neill Blomkamp nakręcił krótkometrażowy film pt. „Alive In Joburg”. Mini produkcja, którą można zobaczyć tutaj, okazała się na tyle dobra, że sam Peter Jackson (widzieliście jak schudł?!) wykombinował dla Neilla 30mln zielonych na pełnometrażowy film. Neill szanse wykorzystał i pod czujnym okiem Jacksona nakręcił rozszerzoną wersję pt. Dystrykt 9. Film na pewno udany, ale czy rzeczywiście przełomowy? Na początku filmu jedna z reporterek oznajmiła: „to zaskakujące, ale kosmici nie wylądowali w Nowym Jorku, Chicago, ani gdziekolwiek w Ameryce”. Rzeczywiście, to chyba pierwszy tego typu film, w którym Ameryka nie przemawiała i nie decydowała w imieniu całego świata (prosty zabieg, a jak cieszy..). Akcja została osadzona w największym mieście RPA w Johannesburgu, a forma filmu w dużej mierze do złudzenia przypominała film dokumentalny rodem z Discovery Sci-Fi. Przyznam, że ten paradokumentalny aspekt filmu wypadł naprawdę wiarygodnie i zrobił na mnie bardzo duże wrażenie. Fragmenty wiadomości telewizyjnych, nagrania ze ‘sklepowych’ kamer, amatorskie filmiki ‘ala YouTube’, a do tego wywiady, komentarze zwykłych ludzi i ważnych osobistości – cały ten materiał składał się na realistyczną tezę całego filmu, bowiem Blomkamp na tle obcej cywilizacji ubrał ludzką naturę w agresje, zakłamanie i rządze nieograniczonej władzy. Brutalnie zdemaskował hasła typu „wyższe cele”, „dla naszego dobra” ukazując kulisy ich realizacji i w rezultacie nie pozostawił złudzeń – daleko nam do humanitarnej i pokojowo nastawionej rasy, za jaką się uważamy. Druga część filmu, w której irytujący Wikus van der Merwe staje po drugiej stronie barykady, jest już tylko taką „kropką nad i” – najpierw obserwujemy go, jako jednego z głównych działaczy MNU, potem, jako zbiega, który na własnej skórze przekonuje się, kim był, kogo reprezentował i jakie niebezpieczeństwo jest tego konsekwencją („cel uświęca środki”). Jak na film SF trzeba przyznać, że Blomkampowi udało się przemycić sporo interesujących wątków odnoszących się do współczesności. Ale Dystrykt 9 poza warstwą fabularną spełnia się, jako doskonałe kino rozrywkowe. Wspomniana druga część została zrealizowana, jako tradycyjne kino akcji kręcone z ręki. Czy to dobrze? Mam mieszane uczucia, myślałem, że cały filmu będzie utrzymany w realistycznej konwencji kina dokumentalnego. Z drugiej strony chyba jeszcze nikt nie nakręcił filmu tak sprawnie łączącego wybuchowe kino akcji z fikcyjnym dokumentem. A warto zaznaczyć, że część akcji wypada naprawdę kozacko. Wiszący statek kosmiczny zachwyca, pościgi i inne strzelaniny dopracowane w najmniejszym szczególe - krótko mówiąc skromne 30mln zielonych, a efekt wysokobudżetowej mega produkcji. Blomkamp napakował trochę fajerwerków, ale na szczęście nie zapomniał o przemianie głównego bohatera. Przez cały czas dramat Wikusa, a tym samym obraz ludzkiej nienawiści był na pierwszym planie. Genialny montaż, rewelacyjne wstawki z wywiadami no i późniejsze wkroczenie do Dystryktu 9 – ten film naprawdę wciąga i nie ma ani jednej minuty nudy. Jednak najbardziej zaskoczyła mnie rewelacyjna muzyka. Soundtrack trwa zaledwie 30-40minut, ale jest to podkład tak ‘bogaty w obraz’, że bez filmu słucha się go nieziemsko. Chyba najlepszy w tym roku.

Czy Blomkamp popełnił filmidło przełomowe? Raczej nie, choć nie ulega wątpliwości, że Dystrykt 9 jest jednym z oryginalniejszych/nowatorskich filmów ostatnich lat. Pomijam kilka wpadek, pomijam fakt, że im dłużej rozmyślam nad pewnymi sekwencjami tym więcej nielogiczności wychodzi na wierzch. Ważne, że Blomkampowi udało mu się tchnąć ‘nowe życie’ w wizjonerskie i realistyczne kino SF, pokazując przy okazji, że w dobie komputerowych fajerwerków liczy się przede wszystkim pomysł i przemyślana realizacja. A jeżeli mowa o sukcesie - nie małe znaczenie miała genialna kampania reklamowa, np, na przystankach autobusowych w Ameryce pojawiały się plakaty z rysunkiem obcego, a także wielkim napisem „BUS STOP – FOR HUMANS ONLY”. Niżej podany był adres strony internetowej jakiejś fikcyjnej instytucji rządowej lub numer infolinii. Szkoda, że u nas marketing był tak słaby, z drugiej jednak strony cieszmy się, że w ogóle film wszedł do kin (do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy Dystrykt 9 będzie w Polsce wyświetlany). Polecam, warto zobaczyć.
::::::::::::::::: 8-/10 :::::::::::::::::
 Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.
+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+ Czytaj więcej »
| Surogaci (2009)
11.10.2009 1:20 41 wyświetleń 0 komentarzy Tagi: Willis, Bruce Willis, Bruce, Romana, Pana, Gdyni, Jednym, Surogaci
 Świat przyszłości. Ludzie żyją w całkowitej izolacji, a jedyny kontakt między nimi następuje za pomocą robotów, które są lepszymi wersjami ich samych. Agent FBI (Bruce Willis), a właściwie jego elektroniczny zastępca, pracuje w wydziale zabójstw. Pewnego dnia zostaje zmuszony jednak do dość ryzykownego wyjścia z domu. Nie ma jednak innej możliwości, bo tylko on sam jest w stanie zapobiec niebezpiecznemu spiskowi i serii tajemniczych morderstw.
Średni to film. W gruncie rzeczy rozczarował mnie. Największym chyba atutem są jego pierwsze minuty w których poznajemy historię i ideę powstania Surogatów. Przyznam, że ta kolorowa, pełna robotów, wizja społeczeństwa pozbawionego m.in. nienawiści, rasizmu i skrępowania zrobiła na mnie całkiem spore wrażenie. Gdyby w obecnych czasach naukowcy rzeczywiście wyprodukowali robota w pełni spełniającego zachcianki człowieka to jestem pewien, że jego sprzedaż zdetronizowałaby świeże bułeczki, a pytania takie jak: co z człowieczeństwem, czy to etyczne, moralne, na zawsze pozostałyby bez odpowiedzi rodząc kolejne konflikty. Tak właśnie (mniej więcej) przedstawia się krótka historia powstania Surogatów. Szkoda tylko, że film Jonathana Mostowa przez kolejną godzinę obrazował to co tak wyraźnie wyklarowało mi się w głowie. Wszystko bowiem kręciło się wokół człowieczeństwa, jego istoty, ale ów mądrości były zaledwie powierzchowne no i czytelne od pierwszej minuty filmu. Jednak Mostow, nie zwracając nawet uwagi na dziury w scenariuszu, konsekwentnie przez cały seans ślizgał się po temacie odbierając kolejne cegiełki z przyjemności oglądania. Tak naprawdę „przeżywanie” filmu sprowadzało się do oczekiwania na to, co setki razy widzieliśmy w innych produkcjach – jakaś ckliwa scena podkreślająca wydźwięk filmu (było), społeczne zobrazowanie problemu (było) oraz symboliczny i kiepski finał głównej intrygi (było). Nie spodziewałem się żadnych zwrotów akcji (i dobrze bo bym się nie doczekał), wszystko było na swoim, z góry ustalonym miejscu, zaś o wspomnianej głównej intrydze można powiedzieć tylko tyle, że została poprowadzona wg utartych już schematów i nie trzeba być wielkim myślicielem, aby szybko domyśleć się co, kto i dlaczego. Pod kątem kina akcji Surogaci też nie specjalnie zachwycają. Co prawda akcja jest, nawet można pokusić się o stwierdzenie, że jest jej całkiem sporo, ale szału jako tako nie ma. Efekty specjalne stoją na przyzwoitym poziomie, choć ‘gołym okiem’ widać co jest dziełem komputera (pierwsza scena kraksy jest wręcz beznadziejna), a co ekipy od efektów. Za to muzyka Pana Richarda Marvina przyjemnie brzdąka w tle i ładnie uzupełnia futurystyczny świat Surogatów.

Ogólnie rzecz ujmując Surogaci to film, który odniósłby spory sukces, ale jakieś kilka, a może nawet kilkanaście lat wstecz. A tak mamy kolejne zwyczajne filmidło, które idealnie sprawdza się do zabicia czasu – obejrzeć i zapomnieć. Nie jest to film zły, a i Bruce Willis w swojej kolejnej geriatrycznej roli daje radę, ale jakoś trudno mi go komukolwiek z czystym sumieniem polecić.. Chyba lepiej darować sobie kino i poczekać, aż jakiś szmatławiec dorzuci płytkę dvd za free.
::::::::::::::::: 5/10 :::::::::::::::::
 #45 Kto pierwszy, ten lepszy - z jakiego filmu pochodzi poniższy utwór (co o nim sądzicie?):
Rozwiązanie poprzedniej zagadki: Wojciech Kilar - Theme From The Ninth Gate. Utwór pochodzi z filmu "Dziewiąte wrota" w reżyserii Romana Polańskiego. Na zagadkę prawidłowo odpowiedział milczący_krytyk. Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.
+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+ Czytaj więcej »
| Szklana Pułapka 4.0 (2007)
04.10.2009 22:11 38 wyświetleń 0 komentarzy Tagi: Willis, Bruce Willis, Bruce, Hollywood, Jack, Guya, Jeden, Lost, Michael, Jednym, Gary, Bajm, Jona, Formą
 Seria „Szklanej pułapki” powstała pod koniec lat osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych, czyli w tzw. „złotym okresie” kina akcji. Powstała wtedy masa filmów naćkanych mordobiciem, strzelaninami, pościgami, z motywem ‘jeden na wszystkich, wszyscy na jednego’, które obecnie uchodzą za klasyki gatunku. „Zabójcza Broń”, „Szklana pułapka”, „Terminator”, „Rambo” to zaledwie kropla w morzu kultowych filmów, które były początkiem kariery wielu obecnych mega-stars. Oczywiście, można spokojnie rzec, że były to produkcje banalne, schematyczne, naiwne, ale taki ich właśnie urok - czysta rozrywka. W tej chwili jedno jest pewne i nie ulega to wątpliwości – takich filmów już się nie kręci. Hollywood lubi jednak powracać do sprawdzonych w boju bohaterów i co rusz odgrzewa kolejne kotlety. Z jakim skutkiem? Najlepszym chyba przykładem (jednym z wielu) będzie czwarta część Indiany Jonesa, który wrócił na nasze kina po 19 latach. Ten sam reżyser (Steven Spielberg), ten sam scenarzysta (George Lucas), ten sam Indiana (Harrison Ford), wielkie starania aby film duchem dorównał poprzednim częściom i…? Otrzymaliśmy solidnego przeciętniaka, który w obliczu dotychczasowych przygód sympatycznego archeologa był sporym rozczarowaniem. I m.in. dlatego widzownie nie reagują tak optymistycznie, gdy Internet obiega informacja o kolejnym odgrzewanym kotlecie (w tej chwili mamy modę na horrory). Tak więc nie powinno nikogo dziwić, że fani Szklanej Pułapki (do których również się zaliczam) podchodzili do czwartej odsłony z dużą rezerwą.. Ale, chcąc nie chcąc, po 12 lat John McClane (Bruce Willis) powrócił. Tym razem nowojorski detektyw musi stawić czoła nowemu wymiarowi terroryzmu – zorganizowanej przestępczości internetowej, która paraliżuje cały kraj w Dzień Niepodległości. Kiedy najbardziej nowoczesne metody nie pomagają i gdy stawką jest życie córki, z charakterystyczną dla siebie gracją i specyficznym poczuciem humoru McClane wkracza do akcji.
Bruce Willis ma już 55 lat, nie jest już taki gładki i żwawy jak kiedyś, a w Szklanej Pułapce 4 wygląda prawie jak Jack Mosler z filmu „16 przecznic” (tylko bez wąsów i włosów). Wymejkapowali i podsolaryzowali go (albo mam źle ustawione kolory w tv), ale co tam, najważniejsze, że John McClane naprawdę powrócił. Ten John, ten sprzed 12 lat, a nie jakiś nowy twór. Obawiałem się, że w dobie PG-13 zrobią z McClane’a taką grzeczną, „politycznie poprawną” dziewczynkę.. I choć jest odrobinę łagodniejszy (np. mniej klnie), to i tak zostało w nim to co najlepsze - zadziorny uśmieszek, cięty język i specyficzne poczucie humoru. Takiego go pamiętamy, takiego go uwielbiamy i taki jest właśnie John w najnowszej odsłonie Die Hard! Żeby tego było mało nasz twardziel z poprzedniego pokolenia, zwolennik „najpierw strzelaj, potem pytaj” został rzucony na pożarcie wirtualnemu przeciwnikowi – komputerom. Z McClane’a taki informatyk jak z koziej dupy trąbka (genialna scena z zasłanianiem kamery internetowej) więc sami możecie się domyśleć, jak irytująca dla niego i zabawna dla widza jest czwarta misja. Kto oglądał poprzednie części ten wie, że detektyw McClane swoje śledztwa prowadzi w mało subtelny sposób. W 4.0 pomimo wirtualnego przeciwnika na ekranie nie zabraknie konkretnego widowiska. Akcja jak zwykle rozgrywa się na przełomie kilkunastu godzin, więc pędzi do przodu jak poparzona, a rozpierducha miejscami zapiera dech w piersiach. Efekty specjalne stoją na najwyższym poziomie, a widocznych efektów komputerowych jest naprawdę niewiele (najbardziej widoczne są w lekko przekombinowanej, acz widowiskowej końcówce). Ogólnie rzecz ujmując, akcja w 4.0 niczym nie ustępuje częściom poprzednim. Jest widowiskowa, nowoczesna, ale utrzymana w klimacie poprzednich części. Jednak nie wszystko jest tak piękne jak się wydaje, bowiem Szklana Pułapka 4.0 to niestety solidnie naciągane kino. Od hakerów, którzy w jednej chwili potrafią zapanować nad kilkoma systemami, przez różnego rodzaju ściśle tajne bazy chronione przez zaledwie dwóch, no trzech strażników, po efektowne i naciągane sceny akcji (wspomniana końcówka filmu). Bezsensu jest sporo, jest zauważalny, ale... da się to przeżyć (choć do granicy dobrego smaku niewiele zostało). Ogólnie nie można powiedzieć, że fabuła nie jest ciekawa, ale w porównaniu z poprzednimi częściami jest to mały krok do tyłu. Z drugiej strony, jak już wcześniej wspomniałem, takich filmów jak w latach 80,90 już się nie kręci - teraz rządzi rozrywka mede by Michale Bay i to się sprawdza.

McClane powrócił i jest to powrót niewątpliwie udany (choć mógł być bardziej). Podstarzały Bruce Willis w otoczce przypominającej bezsensowne produkcje Michalea Baya daje rade i to dzięki niemu w dużej mierze 4.0 ogląda się tak dobrze. Jeżeli ktoś chce zobaczyć, jak mistrz ciętej riposty Bruce Willis z kultowym tekstem "yupikayey motherfucker” w starym dobrym stylu tłucze niedobrych panów to serdecznie polecam. Jeden z lepiej odgrzanych kotletów ostatnich lat. Mam jednak nadzieję, że 5 część nie powstanie.
::::::::::::::::: 7+/10 ::::::::::::::::: Kilka słów o wydaniu dvd CENA: 39.90 Format obrazu: 2.40:1 dźwięk: DD 5.1, lektor DD 5.1 + napisy PL Wszystkie dodatki z polskimi napisami. Usunięte i rozszerzone sceny W porównaniu do innych tego typu dodatków są to sceny naprawdę ciekawe. Zarówno te usunięte jak i rozszerzone. Gagi z planu Ha, genialny dodatek. Kilkanaście minut wpadek, a także dowcipów jakie ekipa wzajemnie sobie robiła bądź specjalnie przed kamerą inscenizowała (np. w jednej ze scen Bruce Willis i Justin Long robią sobie jaja i nawiązują do Tajemnicy Brokeback Mountain). Teledysk Die Hard by Guyz Nite Trochę porypany i długi teledysk przedstawiający wszystkie 4 części szklanej. Behind the Scenes with Guyz Nite Kompletnie niepotrzebny i durny dodatek o kulisach powstania powyższego teledysku. A gdzie kulisy powstawania filmu? Commentary with Bruce Willis, Director Len Wiseman and Editor Nicolas De Toth Jakoś nie mogę przekonać się do tego typu dodatków (komentarze podczas seansu). Muszę w końcu się przemóc i obejrzeć.
 Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.
+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+ Czytaj więcej »
| Largo Winch (2008)
27.09.2009 17:20 40 wyświetleń 0 komentarzy Tagi: Tate, Film, Boys, Larsa, Jamie, Jasne, Salma, Francuzi
 Do filmu Largo Winch w reżyserii Jérôme Salle podchodziłem bardzo entuzjastycznie. Nie tylko ze względu na rozdmuchaną kampanie reklamową, ale głównie przez moją sympatię do francuskiego kina. Oczywiście daleko mi do specjalisty wyznającego się na całej francuskiej kinematografii, ale po takich filmach jak „36” albo „Jeszcze dalej niż Północ” (i wielu innych jeszcze przeze mnie nieopisanych) wiem, że Francuzi potrafią wykręcić porządne i pasjonujące kino. Czy zatem James Bond i Jason Bourne doczekali się godnego rywala?
Nie doczekali się. I od razu trzeba powiedzieć, że kampania reklamowa jest największym mankamentem całego filmu. Porównanie do Bonda i Bournea raz, że zobowiązuje, dwa, ustawia widza na wciągające, trzymające w napięciu kino akcji (no chyba, że ktoś ww. filmów nie widział). Właśnie z takim nastawieniem, po tych wszystkich dynamicznych zwiastunach i plakatach na których słowa Bond i Bourne były lepiej widoczne niż tytuł filmu, wybrałem się do kina. I co tu dużo mówić, zawiodłem się. Largo Winch to film ledwo ocierający się (takie muśnięcie) o sensacje, akcje z domieszką przygody. Tytułowy bohater to dziedzic rodzinnego imperium biznesu, który po śmierci ojca staje się bilionerem zagrożonym przez jego starych współpracowników. Zatem główną osią filmu są przegadane korporacyjne podchody na najwyższych stołkach, które nijak mają się do napięcia, intrygowania, chwytania widza za gardło. Jérôme Salle stara się jednak (jak może) uatrakcyjnić obraz – wątek fabularny rozciąga na wiele krajów (bardzo ładne ujęcia Chorwacji, Brazylii, Chin – kapitalny Hong Kong), gdzie może tam wciska mało efektowną akcję, a całość doprawia niezłą muzyką łudząco podobną do Bonda (to chyba jedyne nawiązanie). Ale to niestety nie wystarcza. Film nie grzeje, nie ziębi bo tak naprawdę niewiele się w nim dzieje, a fabularnie jest najwyżej interesujący. Szkoda, choć warto zaznaczyć, ze Largo mimo wszystko ma całkiem spore grono zwolenników. Może kiedyś obejrzę jeszcze raz, tym razem bez Bondowskiej i Bourneowskiej otoczki w obliczu której Largo Winch wygląda jak opalony i rozpuszczony chłystek z loczkami na głowie.

Largo Winch idealnie nadaje się do pasma TVP „Hit na sobotę”. Prezenterka z dumą może zapowiedzieć, że za chwilę na antenie film, który wstrząsnął francuskie kina, obraz który został okrzyknięty pogromcą Bonda i Bournea. Kto choć raz uwierzył w zapowiedzi TVP wie, że te wszystkie rewelacje trzeba podzielić przez 2, a najlepiej przez 5. Taki jest właśnie Largo Winch. Jeżeli chcecie obejrzeć film, który naprawdę ma coś z Bonda i Bourna to polecam Uprowadzoną w reżyserii Pierre Morel. A Largo Winch możecie spokojnie sobie darować, niewiele stracicie.
::::::::::::::::: 5-/10 :::::::::::::::::
 Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.
+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+ Czytaj więcej »
| Bękarty Wojny (2009)
20.09.2009 21:55 40 wyświetleń 0 komentarzy Tagi: Film, Pulp, Pulp Fiction, Fiction, Kolejne, Wojna, Maja, Laureat, Bros, Gdyni, Jednym, Tarantino, Death, Bękarty, Quentin, Krytycy, Poza, Alba, Najnowsza, Raimi
 Gdyby Tarantino nakręcił prawdziwy badziew, taki z fatalnym scenariuszem, beznadziejnym aktorstwem i bez tych wszystkich genialnych dialogów, przynajmniej byłoby jakieś zaskoczenie… (choć z drugiej strony, znając życie, okazałoby się, że twórca Pulp Fiction nakręcił kolejne małe arcydzieło, tym razem własną parodię :) ). Ale, co nie powinno nikogo dziwić, zaskoczenia nie ma. Najnowszy film Quentina Tarantino „Bękarty Wojny” podbił już kina na całym świecie. Krytycy łaskawie z uznaniem kiwają głową, fani szaleją z zachwytu i ogólnie rzecz ujmując, gdziekolwiek człowiek się nie obejrzy, wszędzie mowa o Bękartach Wojny. W istocie, jest o czym dyskutować i nad czym się zachwycać, bowiem Tarantino ponownie nakręcił film we własnym, nie do podrobienia stylu. Bękarty Wojny to kolejny film w którym Tarantino nieskrępowanie bawi się kinem. Mamy sporą ilość wyrazistych i ciekawych bohaterów, mamy genialnie opracowane dialogi, no i oczywiście to co fani Tarantino cenią w nim najbardziej – środkowy paluch skierowany w prawidłowości, schematy i poprawność polityczną obecnego kina. Nawiązując do masy kinowych klasyków, serwując gatunkowy misz-masz i jak zwykle przygrywając charakterystycznym podkładem muzycznym wodzi widza za nos, manipuluje, i jak trzeba to albo wprawia w osłupienie albo robi go w balona. Nie moralizuje choć skłania do refleksji, nie opowiada na poważnie, ale w gruncie rzeczy całkiem na serio. Krótko mówiąc, 100% rozrywki wg Quentina Tarantino.
(UWAGA: będą spoilery) Akcja filmu została osadzona w czasach II Wojny Światowej, a tytułowe Bękarty to m.in. oddział amerykańskich żołnierzy pochodzenia żydowskiego. Pod przywództwem Aldo Raine (Brat Pitt) ów oddział przedostaje się na teren wroga (Niemcy) i rozpoczyna krwawą zemstę na nazistach. Kto się nawinie temu skalp z głowy zginie. Jednak niech Was ten krótki opis fabuły nie zmyli, bowiem Bękarty nie są dwugodzinną rzezią, a całkiem realistycznym obrazem wojennych charakterów (choć trzeba pamiętać, że to dalej jest rozrywka i zbyt poważnie filmu odbierać nie można). Sam tytuł filmu nie odnosi się tylko i wyłącznie do amerykańskiego oddziału, a do wszystkich stron wojny, bowiem każdy jest tu bękartem, niezależnie od tego pod jaką banderą wykonuje rozkazy. Tarantino przedstawia swoje postacie jako bardzo inteligentne, przebiegłe, odważne i brutalne, ale (co ważne) nie gloryfikuje żadnej ze stron. To, kto jest dobry a kto zły, można sobie ewentualnie wydedukować z kontekstu historycznego, ale nie z samego filmu (a przynajmniej nie jest to tak jednoznacznie ujęte), który przede wszystkim skupia się na bohaterach w otoczce alternatywnych wydarzeń. Tu warto zaznaczyć, ze Bękarty Wojny niewiele mają wspólnego z historycznymi wydarzeniami (szkoda dla historii), ale dzięki temu Tarantino nie był w żaden sposób skrępowany i mógł puścić wodze fantazji (co też uczynił nie żałując sobie ani trochę). Dialogi są baaarrzooo rozwlekłe, ale nie zapominajmy - są to dialogi od Mistrza. Tarantino zwykłą rozmową potrafi wzbudzić emocje niczym z horroru (na ekranie nic się nie dzieje) by za chwilę zupełnie oszołomić widza nagłym zwrotem akcji (a na ekranie dalej nic się nie dzieje!). Przez cały seans jesteśmy świadkami (a w zasadzie i uczestnikami) swego rodzaju zabawy w kotka i myszkę. Już w pierwszym przegadanym akcie podświadomie podejrzewałem rozwój sytuacji - ten Niemiec zaraz kopnie w kalendarz. I choć scena przeciągała się i nic nie wskazywało na to, że coś może mu się stać to dalej byłem pewien, że zaraz dojdzie do masakry i szkop zobaczy nieba bramy. Rozwój całej rozmowy przebiegł jednak zupełnie innym, zaskakującym torem, bo Hans Landa, czyli ww. Niemiec-przyjemniaczek okazał się (wbrew pozorom) cholernie inteligentnym i bezwzględnym profesjonalistą w swoim morderczym fachu. Finał pierwszego aktu od razu sprowadził moją szczękę do ziemi, a to przecież początek filmu! Warto pamiętać, że w filmach Tarantino nigdy nie wiadomo kto zginie albo kto jest zdrajcą. Żadne nazwisko, nawet największej gwiazdy Hollywoodu nie jest gwarancją na to, że jego bohater nie straci zaraz głowy. Tarantino garściami wykorzystuje utrwalone przez nas schematy i nie raz bezczelnie wyprowadza widza w pole… Bękarty Wojny to pierwszy film w którym tak długie i przegadane sceny tak mocno chwyciły mnie za gardło. Np. rozmowa w knajpie - ten właśnie akt, zupełnie nieprzewidywalny, zaskakujący nawet po kulminacyjnym rozwoju akcji to prawdziwe arcydzieło. Na ekranie w zasadzie nic się nie dzieje, bohaterowie kontynuują przydługą już rozmowę, kamera powoli dryfuje pomiędzy postaciami serwując spokojne ujęcia, nie ma żadnej muzyki (tylko gdzieś w drugim planie słychać odgłosy bawiącego się towarzystwa), a ja siedziałem jak na szpilkach i czułem się tak jakby ktoś dożylnie wstrzyknął mi adrenalinę. Myślę, że finału tej sceny nikt nie mógł przewidzieć, a kto twierdzi inaczej ten ściemnia i tyle :P Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu jak przy minimalnych środkach Tarantino sprawnie i lekko operuje rozwojem sytuacji, jak umiejętnie podkręca do granic możliwości napięcie. Film pierwsza klasa, ogląda się go z zapartym tchem, choć przyznam, że po obejrzeniu miałem wrażenie malutkiego niedosytu. Nie wiem dlaczego, ale odniosłem wrażenie, że nie wszystko zobaczyliśmy, że film został pocięty i jego spora część nie znalazła się w finalnej wersji. Być może, co przecież jest zrozumiałe, jestem zwyczajnie zachłanny i chce więcej i więcej (taka cicha nadzieja na wersje reżyserską :P). Poza tym, rozczarował mnie trochę soundtrack, który zwykle był jedną z charakterystycznych cech filmów QT. W Bękartach oczywiście nie zabraknie dobrej muzyki, ale było jej zdecydowanie za mało… Kolejna rzecz, za mało Bękartów w Bękartach. Chodzi mi o amerykański oddział, który pojawia się na ekranie nie za często a przyznam, że to właśnie na ich obecność liczyłem najbardziej (szczerze mówiąc, myślałem że film będzie się skupiać przede wszystkim na nich, ale jak się okazało, Bękartem jest każdy). No i zabrakło mi samego Quentina Tarantino :) (chociaż chodzą pogłoski, że zagrał martwego, skalpowanego żołnierza :P) To jednak, jakby nie patrzeć, czepianie się na siłę. Bękarty Wojny błyszczą inteligentnym scenariuszem, kapitalnymi dialogami i adekwatnym do tego wszystkiego aktorstwem. O Christoph’ie Waltz’ie powiedziano już chyba wszystko i nie pozostaje mi nic innego jak „ręcami i nogami” podpisać pod każdym zachwytem. To co ów aktor wyczynia na ekranie jest nieprawdopodobne. Brat Pitt pojawia się na ekranie niestety dość rzadko, ale i tak jak zwykle trzyma poziom. Na uwagę zasługuje natomiast Mélanie Laurent jako Shoshanna i w gruncie rzeczy cała reszta bardzo dobrze dobranej obsady. No, może poza lekko drętwym Eli Rothem – nie mam pojęcia dlaczego Quentin zachwyca się jego filmami i jeszcze obsadza go w swoich.

Nie ulega wątpliwości, że Bękarty Wojny to film miażdżący konkurencje, a określenie „chyba arcydzieło” jest już niemal kultowe. Kto nie widział niech czym prędzej uderza do kina – warto! Bo takich charakterków nie zobaczycie w żadnym innym filmie, a poza tym miło popatrzeć na konkretny łomot spuszczony tym, którym się to należało. Ja natomiast nie mogę doczekać się wydania DVD. Mam nadzieję, że pojawi się z mnóstwem dodatków (ma być ich nie mniej niż na DVD Death Proof :P) i jak tylko pojawi się na rynku na pewno kilka słów o nim napiszę.
::::::::::::::::: 9+/10 :::::::::::::::::
 Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.
+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+ Czytaj więcej »
| Watchmen Strażnicy (2009)
12.09.2009 23:58 37 wyświetleń 0 komentarzy
Czytaj więcej »
| Zmierzch (2008)
05.09.2009 20:14 36 wyświetleń 0 komentarzy Tagi: Zmierzch
Czytaj więcej »
| ZWIASTUN: Bitch Slap
01.09.2009 22:33 37 wyświetleń 0 komentarzy Tagi: Luca, Tarantino
 To dopiero jest Kitsch Corner :P Gorące dziewczyny, szybkie samochody, wielkie spluwy i masa ketchupu czyli nowy film "exploitation movie" pt. Bitch Slap (ciekawe jak przetłumaczą na PL :P). Trochę szkoda, że za film odpowiada twórca seriali Herkules i Xena, a w obsadzie znajdzie się połowa bohaterów z ww. seriali (Kevin Sorbo, Lucy Lawless...), ale po obejrzeniu obu zwiastunów (jeden gorszy od drugiego) stwierdzam, że Tarantino to to na pewno nie jest, ale i tak zapowiada się kozacko (a na pewno będzie na czym oko zawiesić... :P)
http://www.bitchslapmovie.com Czytaj więcej »
| Kac Vegas (2009)
30.08.2009 20:26 38 wyświetleń 0 komentarzy Tagi: Toro, Pana, Jednym, Poza
 Czterech kumpli wyrusza na wieczór kawalerski do Las Vegas. Po upojnej nocy budzą się z tzw. Kurewską Abrakadabrą Czachy - coś w czerepie się telepie, ale nikt nic nie pamięta. Co więcej, w klopie siedzi prawdziwy tygrys, a Pana młodego ani widu ani słychu. Jednym słowem konkretne WTF... Panowie zbierają się jednak w sobie i postanawiają odnaleźć zaginionego w imprezowym boju kumpla, a przy okazji dowiedzieć się, co takiego wydarzyło się minionego wieczoru.
Pomijając pierwsze 5 minut (które nie nastawiają widza optymistycznie do reszty filmu) można spokojnie powiedzieć, że od pierwszej do ostatniej minuty film trzyma poziom i nie epatuje obleśo-żenującymi żartami. No, może poza dziadkiem i wątkiem paralizatora w czoło, które można było sobie darować (choć da się na to przymknąć oko). Wiele wątków można było pociągać w stylu szczeniackiego Americam Pie, ale Todd Phillips konsekwentnie ów styl omija (choć na swoim koncie ma podobne filmy) i swoją produkcje kieruję do trochę bardziej dojrzalszego targetu, przynajmniej wiekiem i doświadczeniem z kobietami. Nie zabraknie więc kilku sarkastycznych prawd o płci pięknej, o małżeństwach i innych sprawach damsko-męskich z którymi trudno zgodzić się w obecności swojej wybranki.. :P Poza tym ekranowa przyjaźń głównych bohaterów jest wiarygodna, okoliczności wieczoru kawalerskiego nie są aż tak naciągane (w końcu Vegas to miejsce stworzone do imprezowania), więc łatwo wczuć się w klimat filmu (dobry, imprezowy soundtrack) i zakumplować z bohaterami. Wszystkie te elementy składają się na ogólne przekonanie, że jest to męski film i w takim właśnie gronie najlepiej go oglądać (pod czym zresztą się podpisuje). Bo pamiętajmy, "Wszystko, co wydarzy się w Vegas, zostaje w Vegas".. :) Największym atutem filmu są sami bohaterowie (jeden żonaty, drugi w związku partnerskim, trzeci kawaler i czwarty, czyli Pan młody) i ich genialne dialogi oraz bardzo trafne komentarze. Humor sytuacyjny również się pojawia, ale jest go zdecydowanie mniej (co zaliczam na spory plus). Cała produkcja jest bardzo wyważona, wyrównana i trochę szkoda, że przez cały czas sprawia wrażenie jakby się rozkręcała i rozkręcała.. Brakowało mi trochę takiej jazdy bez trzymanki, szczypty szaleństwa, które w niewielkiej, ale konkretnie uderzającej dawce pojawia się dopiero na... napisach końcowych :).

Kac Vegas to jednak bardzo przyjemna komedia, na którą warto wybrać się do kina. Nie jest nachalna, nie atakuje ciężkim humorem, a przyjemnie rozluźnia i pozostawia w dobrym nastroju. Polecam, warto.
::::::::::::::::: 7/10 :::::::::::::::::
 Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.
+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+ Czytaj więcej »
| Starsze wiadomości »
|